
Naszym portem docelowym w Meksyku było Cancún, w stanie Quintana Roo. Wybraliśmy je ponieważ były bardzo tanie bilety. Stąd nasza podróż po Ameryce Południowej stała się podróżą po Ameryce Łacińskiej. Przy okazji dowiedziałam, że to co pani a geografii mi wciskała, czyli, że nazwa „Ameryka Łacińska” odnosi się do Ameryki Centralnej, to wierutne kłamstwo! Nie mylić również z określeniem Hispanoámerica, która tyczy się oczywiście tylko krajów hiszpańskojęzycznych – jest ich dziewiętnaście, dwadzieścia jeżeli doliczamy Belize.
Cancún to kolejne marzenie kolonisty. Miasto zostało zaprojektowane od początku. Wybrano miejsce z idealnymi warunkami klimatycznym, najpiękniej położone i rozpoczęto budowę hoteli. To są najbardziej luksusowe sieci hoteli, które ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża. Budowę pierwszego z nich rozpoczęto w 1974. Podobno Cancún miało konkurować z Acapulco, tyle że po drugiej stronie, czyli od Morza Karaibskiego. Są tam tylko hotele, dyskoteki i sklepy. Między innymi CocoBongo, czyli klub, który mogliśmy widzieć w filmie „Maska” z Jimem Carreyem! Wejście 50$. Aż boję się pomyśleć o cenie drinka. Wszystko jest nastawione na turystę zagranicznego, czyli bogatego.. Czyli na nas za niedługo.

Jest to chyba jedyne miejsce, gdzie z obsługą można dogadać się po angielsku – mam tu na myśli rozmowę pełnymi zdaniami. Kolejną kuriozalną sprawą jest straż, która towarzyszy wszędzie turystom, szczególnie gdy wybierają się w dziką podróż miejskimi środkami transportu. A przy okazji, jeżeli już wspominam o transporcie. Na tym obszarze nie ma świateł dla pieszych. Przechodzi się, gdy samochody mają czerwone. Bardzo inteligentne rozwiązanie, które oszczędza czas i nerwy.
W języku Majów, czyli przodków tubylców Kaan kuum oznacza „gniazdo węży”. Może lepiej zostawić to bez komentarza.
Oprócz głównej atrakcji, czyli dzielnicy hoteli jest również część miejsca, w której mieszka obsługa tych hoteli. Tam tez znajdują się hotele dla mniej wymagających. My wybraliśmy pierwszy z rzędu pokój z łazienką, ale bez okna za 250 peso meksykańskich, czyli Wedy około 50pln, teraz trochę więcej. Był to pokój z jednym łóżkiem (cama matriomonal), cena za dwie osoby. W hotelu jest słaby internet, ale Skype zadziałał. W obydwu częściach miasta jest masa naganiaczy, we wszystkich możliwych językach i wybitnie namolnych. Wszystkie atrakcje turystycznego miasta tutaj występują w swojej monstrualnej formie.
Cancún to miasto imprezy. Całą noc słychać było muzykę. Jest pełno bezdomnych psów. Rzuca się w oczy brud, do którego raczej należy przywyknąć. Gdy weszliśmy do knajpy wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. W tej dzielnicy niezbyt często widywaliśmy turystów. Chyba, że wsiadających do taksówki. Jeżeli ma się czas i siłę szukać hotelu, to jest szansa, że byłby tańszy, albo przynajmniej lepszy w tej samej cenie. Ale na pewno warto się po niej przejść, a nie tylko przespać. Dla nas hotelowa część była raczej kuriozalną atrakcją turystyczną, ale warto to zobaczyć. Chociażby, żeby podziwiać rozmach. Bo jednak w Meksyku wszystko dla Europejczyka jest większe. Odzwierciedla się to też rozmiarach samochodów. Taka Toyota Yaris, w porównaniu z naszą to krążownik. Ale co kraj to obyczaj – podobno w Japonii jest za to wersja mini naszej.
Jeśli chodzi o obsługę lotniska, to wbrew temu co skrupulatnie wyczytaliśmy w Internecie, są naprawdę mili i nie narzucający się. Wynika to na pewno z chęci promowania Cancún. Zostaliśmy powitani przyjacielskim „Jak się masz?”, na co totalnie zdezorientowana, próbując sobie przypomnieć coś po hiszpańsku, odpowiedziałam „Thank you, I’m fine”. Trzeba wypełnić jeszcze w samolocie kartę, w której oświadczamy, że absolutnie nic nie wwozimy. Nikt tego nie sprawdza, chyba że mielibyśmy broń, ale wtedy zostalibyśmy zatrzymani na lotnisku w Polsce, gdzie strażnicy najbardziej wnikliwie nam sprawdzali plecak. Budziło ich podejrzenia, że w październiku jedziemy pod namiot.
Samo schodzenie doładowania jest rzeczą warto nie-przegapienia. Samolot zniża lot nad hektarami dżungli. Dla nas po prostu nieskończonej. Czasem widać cudowny brzeg Morza Karaibskiego. Jednak niektórzy nie mogli po tak długiej podróży podziwiać już niczego oprócz stałego lądu.
Wymiana na lotnisku jest paskarska oczywiście. Za przejazd można zapłacić w dolarach. Gdy wyjdziemy z lotniska i uderzy nas skwar, zostaniemy napadnięci przez naganiaczy. Najpierw takich do taksówek, potem do busików (tutaj nazywane colectivo, ale często colectivo to zwykły samochód), na końcu najtańsza opcja autobus. Kosztował 35 peso. Bilet można kupić na lotnisku, ale również w autobusie –i tak jest bezpieczniej. Podobno około kilometra dalej (choć niektórzy twierdzili, że czterech) jest autobus miejski –tańszy, ale nie mieliśmy już siły. Poza tym nie uznaliśmy tej informacji za wiarygodną. Ale dla zatwardziałych jest to jakaś opcja. Jeśli chodzi o dojście piechotą, to nie jest to raczej możliwe. Tam naprawdę jest daleko. Chyba, że autobus jechał jakoś niedaleko. Bezpośrednio z dworca można jechać do Cancún, albo do Playa del Carmen.
A tak na marginesie peso oznaczane jest pisemnie tak samo jak dolar, czyli $. Dla rozróżnienia przy peso jest jedna kreseczka, a przy dolarze dwie.
Zdjęcie Coco Bongo pochodzi ze strony ststravel.com
Zdjęcie Cancún z www.ballslist.com/travel
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz