niedziela, 28 kwietnia 2013

Powrót do Maroka

Gdy w styczniu tego roku opuszczając Tangier przytakiwałam na propozycję powrotu do Maroka "kiedyś w przyszłości", nie brałam pod uwagę, że to może sie przydarzyć tak szybko.

Bilety na maj kupione - lądujemy w Tangerze 16 maja.

Do tego czasu trzeba się będzie trochę przygotować.

Smir

Mój szalony współtowarzysz podróży postanowił, że w miesiąc nauczy się marokańskiej odmiany języka arabskiego. Oczywiście nie musze chyba mówic, że to jego pierwsze spotkanie z jakąkolwiek wersją arabskiego.

Gdy to piszę z pokoju obok dobiegają różne zachrypnięte okrzyki. Gdyby nie świadomość ekspresji języka arabskiego prawdopodobnie biegłabym właśnie do komnaty obok, oferując ratowanie życia metodą usta-usta.
O tam! Za cieśniną jest cel naszej podróży! Zdjęcie zrobione z Gibraltaru.
W mojej wyobraźni Maroko było krajem bardzo europejskim i prawdopodobnie takie jest z perspektywy afrykańskiego kontynentu.
Drugie moje wyobrażenie jest bliżej nieokreślone i zaczerpnięte z "Innych pieśni" Dukaja. Oczywiście on nie pisze o Maroko, ale miasto, które tam opisuje jakoś dziwnie zbudowało moje wyobrażenie o marokańskim mieście. Częściowo skonfrontowałam to wyobrażenie w styczniu w Tangerze. O tym mam nadzieję dokładniej jeszcze napiszę.

Być w Maroko to przede wszystkim pić ich herbatę (ze świeżą miętą i cukrem) i pić wspaniały sok ze świeżych pomarańczy. Marokańczycy w ten sposób zaczynają swój dzień i tak też wygląda każda przerwa. Do tego kisz (lzejsza wersja) lub haszysz, którego - jako turyści - nie powinniśmy żądać. Jeżeli nam na tym zależy powinniśmy posiedzieć wśród marokańczyków i poczekać, aż ktoś nas poczęstuje.

Oczywiście w barach, w których pali sie haszysz kobiet nie ma. Jest to typowo męski świat, w którym czas zatrzymuje się i możemy czuć każdą minutę rozciągnietą w nieskończoność.

Fascynujące w pełnym znaczeniu tego słowa - czyli i chciałabym, i się boję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz