niedziela, 19 maja 2013

Wszystkie światy Marakeszu

Świat się zmienia, siedzimy właśnie kilkaset metrów od mediny w Marakeszu, w... CyberParku. Palmy, kaktusy, tuje, pomarańcze  śpiew ptaków, zapach kwiatów i.... małe daszki, pod którymi jest miejsce z ekranem dotykowym - ludzie stoją i przeglądają Facebooka, oglądają YouTube itd. Ci bogatsi siedzą na trawce z własnymi laptopami, bo wszędzie jest darmowe wi-fi. To król załatwił im ten park, we współpracy z operatorem komórkowym. Niedaleko ma zresztą król swój pałac i 400 hektarów ogrodów, i harem. Jutro jak wyjedzie, to mają te ogrody otworzyć dla ludzi.





W medinie, wielki plac (Jemaa el Fna), plac śmierci  wszystkie budynki w medinie właściwie nie zmieniły się od średniowiecza  wszystko jest czerwone (legenda mówi ze od krwi ludzi których tam zabijali podczas budowy miasta) od gliny z gór Atlasu, i odnosi się wrażenie ze ten kolor ciągle się zmienia, wraz ze słońcem.
Na placu zaklinacz węży, drażni węża iphonem, i od razu robi zdjęcia dla  turystów. Plac wielkości miej więcej rynku w Krakowie, tyle że od rana do wieczora ludzi przybywa, i kiedy słońce zachodzi, plac jest już pełen. Główną atrakcja są Berberzy - jedni śpiewają jakąś historię, inni zaklinają węże, inni są gimnastykami, albo po prostu są jakoś dziwacznie przebrani; babki robią innym babkom hennę; ktoś siedzi i kaligrafuje jakiś tekst; inny po prostu ma wagę oraz przyrząd do mierzenia siły mięśni itd, kiedy się ściemnia, zapalają gazowe lampy. Wszędzie transowe bębny, tańce - i co ciekawe wokół nich skupiają się sami Marokańczycy.  Turyści raczej głownie głównie oblegają stoiska z jedzeniem. No i wszędzie wyciskane pomarańcze.  Karety wypełnione pomarańczami, grejpfrutami i cytrynami - cały czas czuć ich zapach. 


Targ, właściwie wszyscy żyją tu jakimś handlem. Zarówno turyści jak i miejscowi. Jeżeli ktoś ma stoisko np. z przyprawami, to wydaje się że wylania się jakby z jakiegoś substancjalnego świata przypraw.Wychodzi, albo tylko wyciąga rękę ze swego małego stoiska, obłożonego i zasypanego (dosłownie) towarem. Jest dokładnie tyle miejsca, żeby zmieścił się on, i ewentualnie ten, co kupuje. To co sprzedaje traktuje jak swój świat, chce to pokazać  dać spróbować, pochwalić jaki ma dobry towar, wszystko wytłumaczyć, 
zademonstrować. Towaru jest zawsze nadmiar, za dużo  nie ma na niego miejsca. Wszystkie produkty (oprócz warzyw i przypraw) są wytworem tego miasta, cały proces produkcji jest tutaj. 
Medina to właściwie jedne wielki Targ, dookoła placu Jemma al Fna. Sprzedawcy wyłaniają się, kiedy tylko człowiek na ułamek sekundy zawiesi na czymś oko, wyłapują najmniejszą oznakę zainteresowania, widza to wcześniej zanim ja sam uświadomię sobie ze na coś spojrzałem. Wyłaniają się i jakby byli przedstawicielami jakiegoś archetypowego, substancjalnego świata: przypraw, ziół, skóry, warzyw, dywanów, tkanin, butów, 
czajniczków do mięty, itd. jakby ta substancja wytworzyła swoją maskę do kontaktu z ludźmi.


Jeśli sie już wejdzie w Targ(wydaje sie ze jest wielkości całego Krakowa, ale w rzeczywistości pewnie jak kilka stadionów), to nie łatwo sie z niego wydostać, bo wszystkie uliczki w końcu prowadza do środka do placu Jemaa el Fna, a ludzie dookola kiedy tylko próbujemy z niego wyjść, krzyczą  there is nothing, error, falta, you must go here, wskazując na drogę do placu.
oczywiście ludzi po arabsku w ogóle nie chca ze mna rozmawiac, tylko chwala sie swoim łamanym francuskim.
Ale niektórzy ciesza sie ze umiem kilka słów w ich jezyku (np. wczoraj stary dziadek z gór obsciskal mnie i ucałowal tak ze cale czolo miałem obślinione  Najbardziej zainteresował go oczywiscie ultrabook i to ze dziala bez kabla).



Dużo wrażeń, za dużo  Jak dojeżdżaliśmy do Marakeszu pociągiem  to przez wiele kilometrów ciągnęły sie pustkowia, i co jakiś czas (mniej wiecej jeden, dwóch na kilka kilometrów przestrzeni) pojawiała sie osoba w sukmanie ze swoim osłem. Chyba do tego swiata pustki najbardziej mnie ciągnie. Może uda nam sie pojechać na kilka dni gdzie w góry Atlasu. Dziwna jest ta chęć poznania obcej kultury. Przypomniał mi sie moment w kawiarni w Tangierze, kiedy patrzyliśmy na panoramę Tangieru i chcieliśmy się wczuć jak ci ludzie tu żyją i w pewnym momencie tuz za naszymi plecami usiadł młody chłopak, barman, włączył telewizor i zaczął oglądać jakiś europejski albo amerykański film. My podglądamy ich, oni nas, odwróceni do siebie plecami.
No i oczywiście, mięta, cukier, kawa, kawa, sok z pomarańczy, mięta, cukier... na początku myślałem ze ludzie maja tu spokój  jak tak siedzą, piją i obserwują w uśpieniu. Ale już wiem ze nie, parę rzeczy ich zdradziło (np. to ze zbyt często włączają TV).





sobota, 18 maja 2013

Obrazki z Marakeszu


Podróż trwała 10 h i trochę było zimno. Mieliśmy za to okazję przez kilka godzin posłuchać dyskusji dwóch Arabów. Właściwie wiadomo było o co chodzi – koleje się spóźniają, kryzys w kraju. Przynajmniej w odczuciu Polaków o to musiało chodzić! ;) O dziwo - przywieźliśmy ze sobą deszcz, co według generalnych prognoz pogody na tę porę roku jest dość dziwne.
Nie mieliśmy ochoty wsiadać w pociąg na kolejne 2,5 h, więc oto jesteśmy.


Bociany?! Przecież teraz są u nas!



Siedzimy na tarasie hotelu Amis (100 dh za noc za dwie osoby) i oglądamy z bezpiecznej odległości gwar na Jemmaa el Fna. Ilość ludzi, towarów i kolorów mocno przytłacza. Nie da się tutaj nie zgubić.
Jednak Marakesz jest zupełnie inny niż Tangier. Nie ma małych uliczek. Plac jest wielki, ludzie sprzedają tu wszystko. Co tylko chcesz, to dostaniesz. Przyprawy, kosmetyki naturalne, jedzenia, dym z palenisk, zapach skór. To wszystko tworzy rzeczywiście niepowtarzalny klimat. Tak jakby wszystkie targowiska świata miały źródło właśnie tutaj.










Turyści ze swoim szlajaniem się bez celu i oglądaniem raczej są niezrozumiali. Co prawda wszyscy wiedzą o tym ich małym zboczeniu, ale kompletnie go nie rozumieją.

Wegetariańskie tajine jest szeroko dostępne. Tajine to ich tradycyjna potrawa, którą zapiekają w ceramicznych naczyniach z takim kominem-czapeczką. Oczywiście normalnie jest z mięsem i warzywami.
Baklawy i inne słodycze są pyszne. Ale jedną z rzeczy, która jest przecudowna to sok wyciskany z pomarańczy (4dh na Jemmaa en Fna) i sok z cytryny! Wreszcie jakaś nacja, która nie widzi nic dziwnego w piciu soku z cytryny!
Zaklinacze węży stosują różne techniki czarowania swoich ofiar. Bębny, piszczałki i smartfony.
Moda na styl eco dotarła również tutaj. Wytworzył się tu prawdziwie artystyczny przemysł przetwarzający opony. Robią z nich wszystko. Od dzbanów po damskie torebki i biżuterię.
Maroko jest świetnym miejscem do urządzenia domu. Od płytek ceramicznych po super żyrandole, mydelniczki i zastawę. Wszystko cudowne. Tylko jak to przetransportować w bagażu podręcznym?!






Acha! Odkryliśmy również niezły patent na zmuszenie ludzi do spędzania czasu w parku. Otóż można tam bezpłatnie skorzystać z Wi-fi oraz jest dostępnych kilka stanowisk komputerowych (w większości obleganych przez okoliczne dzieciaki).
Jutro zostajemy na pewno. Może potem na jeszcze jeden dzień. Słońce zachodzi, a na naszym tarasie jest spokój i cisza – jeżeli można mówić o ciszy w sercu mediny.








piątek, 17 maja 2013

Tangier w zapachach i smakach



Dzisiejszy dzień w Tangerze był przepełniony wrażeniami do tego stopnia, że zastanawiam się, czy jutro rano po dojechaniu do Marakeszu, nie wsiąść w autobus do Essaouiry, żeby trochę odsapnąć.
Pierwszą rzeczą, która uderza w Maroko są zapachy. Nie tylko chodzi o znajomy zapach chloru z mięsem, który unosi się na bazarach w niejednym miejscu na świecie. Zapachy kwiatów, przypraw, smażonych potraw. Na każdym rogu uderza nowy zapach.


Szlajanie się po Tangerze ograniczyliśmy do mediny. Ten leniwy stan bycia szybko się udziela. Chodzimy od kafejki do kafejki pijąc kawę, sok, herbatę, a potem znowu kawę, sok, itd.
Na Grand Socco jednym z bardziej lanserskich miejsc jest Cinema Rif, a przede wszystkim knajpka w środku. Tutaj znajdziemy młodzież, która zdecydowanie podąża za tą samą modą, którą zobaczymy w większości europejskich miast. Oprócz wielu retro obrazków na ścianie wisi autograf Almodóvara z napisem „J’aime Cinema Rif”.






Tutaj jak na dłoni widać kulturalną tradycję, która ciągnie się od czasów sławnych pisarzy, opisywanych w przewodnikach.
Można zjeść tu tajine w porze lanchowej. Ale oprócz tego czeka nas tradycyjne miętowa herbata i kawa podana po europejsku. No i sok z pomarańczy! J
Cechą charakterystyczną jest również duża liczba osób z laptopami. Prawdopodobnie to jedyna knajpa w mieście z wi-fi. J
W każdym razie, gdy już będziemy mieli dosyć klimatu marokańskiego, tam możemy odsapnąć.
Ludzie w Maroko są bardzo mili i starają się nie narzucać, choć oczywiście znajdują się również wyjątki, na które wcześniej czy później natrafiamy.



Na Grand Socco w okolicach południa modlą się mężczyźni. W ogóle co pewien czas całe miasto wypełnia śpiew (momentami łudząco podobny do pasji św. Łukasza Pendereckiego).

Po modlitwie tłum mężczyzn wraca z dywanikami do swoich zajęć. Konkretnie chyba głównie picia kawy i palenia kiszu w cafeteriach, w których na raz potrafi być włączonych kilka telewizorów  I raczej w nich kobiet nie uświadczymy.
Jeżeli ktoś chce załapać się na kisz, to najlepiej udać się do najbardziej obskurnej knajpki na Petit Socco (z kelnerem, który przypomina starego boya hotelowego z Twin Peaks). Tam wcześniej czy później zaczną sypać się propozycje.
Siedzimy właśnie na stacji kolejowej. To całkiem wypasione miejsce. Można nawet podładować laptopa i trochę popisać czekając na nocny pociąg do Marakeszu (205 dh za drugą klasę, 310 pierwsza klasa, 350 kuszetka). Jest też jedzenie. Potencjalnie również jest wi-fi, ale chyba szwankuje. Może po prostu za dużo osób korzysta na raz.


Tangier - już jesteśmy :)

Nie udało nam się odnaleźć autobusu pod lotniskiem, ani na głównej drodze (do której dotarliśmy częściowo piechotą, a częściowo stopem), więc dotarliśmy taksówką. Stawki są ustalone, więc nie ma problemu z oszukiwaniem.
Na samym lotnisku jest strefa Wi-fi - w przeciwieństwie do Brukseli Chaleroi, gdzie problem jest nawet z miejscem  do wypicia kawy...

Wczoraj dotarliśmy na obiad do restauracji Kassbah - prawdopodobnie jest to restauracja, którą wskazuje się każdemu turyście. Wiedzą, co to wegetariańskie jedzenie, a za 120 dh dostaje się posiłek złożony z przekąski (chleb, sałatki, oliwki), zupy, dużej sałatki (pastilla z kurczakiem w wersji z mięsem), dania głównego, zapiekanego w ceramicznym naczyniu z "kominkiem" - u mnie był do kuskus z warzywami i czymś rodzynko podobnym. Potem deser z owoców i herbatka. Głodnym się nie wyjdzie. :)
Nawet cukier podają zdziwaczałym turystom oddzielnie. ;)

Dobra opcja, gdy nie ma czasu na poszukiwania. :)

Zaliczyliśmy również zakupy olejku arganowego (W knajpie każda turystka była zaopatrzona w nowy zestaw kosmetyków - więc chyba to jeden z pierwszych punktów programu) i cały rytuał sprzedażowy.

Za 60 ml w końcu zapłaciliśmy 60dh, ale zabawa była przednia. Co prawda na początku nietaktownie zapytałam o cenę. Pan olał moje pytanie i zaczął opowiadać o kozach, które wchodzą na drzewo (miał zdjęcia na ścianie w ramach dowodu i zapewniał, że to nie Photoshop), z którego uzyskuje się olejek. Kozy wchodzą tam ponoć po właśnie te orzechy, z których ręcznie pozyskiwany jest olejek. Potem odbyło się testowanie - panowie też mają testować na swych przesuszonych łapskach!

W końcu przeszliśmy do ceny, trochę się potargowaliśmy i powiedzieliśmy, że przyjdziemy jutro. Odeszliśmy całkiem spory kawałek i zawrócił nas inny mężczyzna, który zaprowadził nas z powrotem do sklepu. Tam pod okiem szefa, który trzyma kasę, ta trudna transakcja doszła do skutki. Zostaliśmy ogłoszenie wygranymi tego targu i rozstaliśmy się z uśmiechami.

Ach! Nawet informacja, że przepłaciliśmy dwukrotnie nie zepsułaby nam humoru. To zabawne, ale sam olejek był tu sprawą kompletnie drugorzędną. :)

Mieszkamy w hostelu Melting Pot (przed nim zwykle grupa dzieci, które czekają na kasę, ale pocieszają się również śmianiem z turystów, którzy walą głową we framugę przy wchodzeniu), gdzie jest wi-fi, ale przede wszystkim rano czekało na nas śniadanko. Taki miks marokańsko-kontynentalny. Piękne i pyszne. Miły początek dnia.

A dalej Kassbah. I nie ma, że pada (pogoda taka jak była w styczniu, czyli nasz deszczowy lipiec)




Wszędobylskie koty, przecinają drogę w najmniej spodziewanych momentach.









Ukryliśmy się na chwilę przed deszczem w Cafe Baba - podobno w 2012 Jarmusch kręcił tu film. Klimat super. Rano jeszcze nikogo nie było. Kawa po turecku z cukrem. Całkiem niezła. Widok przez okno wspaniały. Od razu do wnętrza człowieka wkrada się dystans do życia. Czas zwalnia i wszystko staje się... indyferentne... :)





piątek, 3 maja 2013

Tangier - co, gdzie, jak....


Nie znajdziemy w Tangerze znaków czasów starożytnych, ale nadal jest to miasto że wspaniałą atmosferą. Wąskie uliczki, wspaniałe stragany, kolory, zapachy – tym wszystkim uwiedzie nas Tangier. Ale gdzie się udać.

Tego miejsca nie da się przeoczyć. To tu koncentruje się życie. Gdy wyjdziemy z małych uroczych uliczek – tutaj otwiera się przestrzeń.
Oficjalna nazwa placu to Place du 9 Avril 1947. Znajdziemy tu tanie, lokalne jadłodajnie. Tu również jest kino Cinemenatheque de Tanger (a w nim ponoć kafejka z Wi-Fi).
Na rogu Grand Socco i Rue Sidi Bou Abid znajduje się minaret  przy meczecie Sidi Bou Abid Mosque (1917)

Źródło: looklex.com


W czwartki i soboty kobiety sprzedaja różne wyroby na Rue de la Plage (Rue Salah Eddine el Ayoubi). Na Rue Bourrakia znajdziemy ogród Mendoubia, gdzie będziemy mogli chwilę odpocząć.

Niedalego Grand Socco znajduje się Musee de d'Art Contemporainde la Ville de Tangier; 52 Rue d'Angleterre, wejście 10 dh. Znajdziemy tu prace dwudziestowiecznych marokańskich malarzy.

Kasbah

Źródło (klik)
Rezydencja sułatana i jego haremu. W 1684 Anglicy spalili fortecę doszczętnie, w czasie ucieczki. Później pałac był modny wśród artystów tj. Richard Hughes.
Czynne jest tam muzeum, w ktorym będzimy mieli okazję zapoznać si z marokańska sztukę i antykami. Sobota-Poniedziałek, środa- czwartek czynne 9:00-16:00, w piątek 9:00-11:30 i od 13:30-16:00; wejście ok. 10 dh.
Piekny jest również ogód pałacu, razem z pieknymi mozaikami oraz roślinami.
Na placy przed Kasbah odbywały się kiedyś egzekucje.


Medina

Starówka to plątanina uliczek, która była inspiracją wielu utworów literackich. Obecnie w większości kamienic znajdują się sklepy. Z Grand Socco w górę idziemy do Kasbah, idąc w dół rozpoczyna się stare miasto.Rue Siaghine łączy z Grand Socco z Petit Socco - centrym starego miasta. Po jej prawej stronie mojamy Katedrę hiszpańską i mellah - dzielnice żydowską.
Na Petit Socco znajdziemy dużo kiepskiej jakości hosteli i Cafe Central - kiedyś przyciągające znanych pisarzy - dziś raczej przeciętna kawiarnia. Obecnie w obrębie Mediny nie znajdziemy miejsca, gdzie mozemy kupić alkohol. To ma znaczący wpływ na odbiór nastrojowej dzielnicy przez turystów. ;)
Pomiedzy Rue de ma Marine i Rue de Postes połozony jest Wielki Meczet, zbudaowany na miejscy portugalskiej katedry. Po drugiej stronie jest medersa - czyli szkoła islamiczna.
Na Rue de Postes znajduje sie równie Pensión Palace, w którym Bertolucci kręcił sceny do filmu "Pod osłoną nieba", na podstawie książki Paula Bowlesa.
The Old American Legation najstrasza amerykańska własność dyplomatyczna w Maroko. Czynne od 9:30- 12:00 i 16:00-18:30; wejście bezpłatne.http://www.legation.org/
Zostało darowane w 1821 przez sułtana jako konsulat i tak funkcjonowało do1961.
Dzisiaj działa tu muzeum i centrum naukowe.

Nowe miasto

Głównym punktem jest Place du France, z pieknym widokiem na zatokę. Znajdziemy na nim Cafe de France, gdzie spotykali sie agenci w czasie wojny, żeby dobijać targu. :)
Terrasse de Parasseux to miejsce, z którego widac wybrzeże Hiszpanii. 
Boulevard Pasteur (dalej Avenue Mohamed VI) to centrum handlowe i biznesowe nowego miasta. Warto znaleźć czas na poszwędanie się w jej okolicach. Mozna tam znaleźć kina z lat 40, wpaść na kawę do Patisserie  Porte. Wracając Rue de Liberte w stronę starego miasta warto zahaczyć o Galerie Delacroix Znjaduje się tam kolekcja sztuki współczesnej, fotografii i video artu.  Czynne od 11:00-13:00 i 16:00-20:30, wejscie bezpłatne

czwartek, 2 maja 2013

Tangier - klimat i historia

Tangier ze względu na swoje położenie był wielokrotnie podbijany przez różne kraje. Obecnie należy do Maroka. Jednak leży niedaleko Ceuty - jednego z portów hiszpańskich, więc wpływy hiszpańskie sa również w nim obecne.

Płynąc z Hiszpanii trzeba pamiętać, że port Tangier Med jest spory kawałek od Tangieru Ville. Chcąc dojechac do centrum trzeba będzie wziąć taksówkę.

Lotnisko znajduje sie 15 km od miasta. Do centrum można dojechać autobusem linii 17 lub 70 z terminalu Grand Socco (Placu du 19 Avril 1947) lub taksówką grand taxi (cena ok. 160 dh w dzień 200 dh po 20:00)

Informacja turystyczna:
Office du Tourisme 29 Blvd Pasteur, T053-948050, Poniedziałek - Sobota 8:30-16:30
Syndicat d'Initiative 11 Rue Khalid Ibn el Oualid

Tangier jest prawdopodonie najstaraszym miastem marokańskim. Założony przez Fenicjan w 1600 r.p.n.e.

Według mitologii greckiej i berberyjskiej na początku ziemiami tego rejony władał Antajos - syn Posejdona - boga mórz i Gai boginii ziemii. Antajos wyzwał Herkulesa. Niestety Herkules odgadł zagadkę jego siły (regenerował się zawsze opadając na ziemię) i trzymał go w górze tak długo, aż Antajos umarł. Następnie ożenił się z wdową po Antajosie - Tingis. Chcąc dać swojemu synowi Sophaxowi dobrze chronione miasto - oddzielił Hiszpanię od Afryki. Na cześć swojej matki Sophax nazwał miasto Tingis (Tangier).



Bereberyjczycy wywodzą swoje dynastie właśnie od Sophaxa.

Tangier odwiedzało wielu artystów, którzy uwieczniali je w swoich powieściach i obrazach.
Specyficzne światło fascynowało takich malarzy jak Eugene Delacrioxa, Henri Matisse'a, Kees Van Dongena, a póżniej Francisa Bacona.

Postrzeganie Tangieru jako "przystani wolności" utrwalili w swoich dziełach Tenessee Williams, Truman Capote, William Burroughs, Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Brion Gysin i Joe Orton.

To wyobrażnie opierało się nie tylko na metafizycznych wyobrażeniach. Do roku 60. Tangier był strefą wolną od podatków. Do tego dochodziła łatwość w pozyskaniu narkotyków. To przyciągało artystów i tworzyło klimat bohemy.

Obecnie Tangier utrzymuje się głównie z turystyki. gdy do władzy doszedł Mohammed VI (w 1999) docenił ten region i mocno go dofinansował. Chciał sprowadzić tu jak najwiecej turystów.
Stąd też wprowadzona wysokie kary za prześladowanie, okradani, itd. turystów. Dlatego w Maroko możemy czuć się bezpieczni. Nie znaczy to jednak, ze możemy pozwolić sobie na wszystko.


środa, 1 maja 2013

Sprzedać duszę w Maroko

Jedną z atrakcji Maroko są targowiska. Piękne, pachnące - wypełnione czasem dziwnymi przedmiotami. Magię tego zjawiska świetnie przybliża Canetti.


Targowiska pełne są zapachu korzeni, jest na nich chłodno i kolorowo. Woń, zawsze przyjemna, zmienia się stopniowo, w zaleznosci od sprzedawanych towarów. Nie ma tu nazwisk ni szyldów, nie ma szyb. Wszystko, co na sprzedaż, jest wstawione. Kupujacy nigdy nie wie, ile jaki towar będzie kosztować. Nie ma tu bowiem stałych cen i nie są one nigdzie wypisane.

Canetti Elias, "Targowiska" [w:] "Głosy Marakeszu", Warszawa 1977 [Czytelnik]

Przyciągają turystów, z drugiej strony jednak będąc również złych wspomnień. Dla nas powiem pewna nastrętność sprzedawców jest zniechęcająca. Nie mówiąc o możliwości oszukania. Nie chce nam się targować, ale nie chcemy też przepłacać.
Ale w Maroko sprzedawanie to coś więcej. Tutaj następuje ciągły ruch towarów. Dzięki temu rzeczy, które my dawno byśmy już wyrzucili często znajdują nowego właściciela. Handel jest pewną zabawą czy nawet rytuałem, na który warto znaleźć czas.

Między kupcem a jego towarami panuje uwodzicielska intymność. Strzeże ich i utrzymuje wśród nich porzadek, jak gdyby stanowiły jego liczną rodzinę.
To, że zna dokładnie ich wartość, nie przeszkadza mu w niczym i nie krępuje go. Nie ujawnia jej bowiem, i kupujacy nigdy się jej nie dowie. Stwarza wokół procedury handlu atmosferę tajemniczego ognia. tylko sprzedawca moze wiedzieć, jak blisko jest się jego tajemnicy.

Canetti Elias, "Targowiska" [w:] "Głosy Marakeszu", Warszawa 1977 [Czytelnik]

Handlowanie staje się tutaj próbą sił. Warto spróbować tego rytuału - nawet gdy zapłacenie kilku dirhamów więcej nie jest dla nas dużym wydatkiem.

Jeśli kupujacy nie pozwoli się oszukać, świadczy to o nim chlubnie. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ porusza się po omacku.

Canetti Elias, "Targowiska" [w:] "Głosy Marakeszu", Warszawa 1977 [Czytelnik]

W krajach tzw. "rozwiniętych" kupowanie jest często przykrym obowiązkiem, związanym z posiadaniem pewnej rzeczy. Staramy się to usprawniać automatyzując proces sprzedaży - zarówno w supermarketach, jak i w handlu internetowym.
Dla odmiany naprawdę warto wrócić do bezpośredniej relacji pomiędzy kupującym i sprzedawcą. W ten sposób w najbardziej naturalny sposób będziemy również obcować z ludnością miejscową.

Oczywiście warto do tego przystąpić znając kilka słów w dialekcie marokańskim. To na pewno sprawi, że zdobędziemy kilka punktów przewagi. :)

Canetti opisuje jeszcze jeden element dobijania targu. Potwierdza go trzecia osoba, która jakby zgadza się na zejście z ceny, tak żeby nikt nie czuł sie frajerem. Ona przypieczętowuje umowę, stając się wyższą instacją. To tylko dodaje całej procedurze rytualnego charakteru.